wtorek, 17 czerwca 2014

Bad Intensions: Rozdział I

Właśnie wchodziła na aulę, w oczekiwaniu na kolejny tego dnia wykład, gdy fala gorąca w nią uderzyła. Niemalże ją powaliła, sprawiając że została zmuszona usiąść gdziekolwiek, byle szybko. Poczuła strużkę potu spadającą ze skroni i nieznośne gorąco między nogami, któremu nic nie pomagało.
Ruje. Jedna z rzeczy, których Omegi nienawidziły w swoim statusie w stadzie.
Trzeba wam bowiem wiedzieć, że na świecie, pośród zwykłych, przeciętnych ludzi, chodzą jednostki niezwykłe.
Ludzie nazywają ich dziećmi Księżyca, lub bardziej popularnie – wilkołakami.
Mają oni bardzo silne poczucie stadne, a także wiele innych cech wilczych – terytorialność, izolację od innych, czy też właśnie ruje.
Najwyższą pozycję w stadzie miał Alfa – najsilniejszy i najinteligentniejszy, a w kwestii ludzkiej, bardzo często też najbogatszy. Pomimo, że bycie przywódcą jest kwestią wrodzoną, jest ich bardzo niewielu – głównie przez walczące ze sobą klany, co sprawiło że tylko kilka najsilniejszych przetrwało. Bo bez stada i władzy, praktycznie nie można już używać tego określenia. Następne w randze były Bety; można ich określić prawymi rękami Alf. Zwykle zaraz po przywódcy stada, mieli podobny autorytet jak on, byli jednak bezwzględnie posłuszni swojemu wodzowi. Na samym dole tej hierarchii były Omegi. Niemal zawsze były poniewierane i bezczeszczone przez wyższych w randze, jako że ich zadaniem był głównie rozród i opieka nad potomstwem. Były szczególnie silnie pożądane w okresie rui, jako że były w stanie wtedy spłodzić najsilniejsze szczenięta, nie oznaczało to jednak, że były wtedy lepiej traktowane w żaden sposób. To też sprawiło, że Omegi powoli wyginęły ze świata. Większość się poukrywała wśród zwykłych ludzi, zaszywając się w niedostępnych miejscach podczas swoich rui.
Populacja wilkołaków zaczęła spadać, ale wielu z Omeg bardziej zależało na własnym życiu, niż na przetrwaniu gatunku, który i tak wiele do świata według nich nie wnosił.
Tak samo było z nią. Gdy tylko w wieku dwunastu lat dostała swoich pierwszych rui, i okazało się jaką rangę w stadzie miała, jej rodzice wpadli w panikę. W ciągu jednej nocy spakowali się i wyjechali z miasta, by zamieszkać w miejscu, gdzie procent populacji wilkołaczej był niemal zerowy.
Tutaj, nawet podczas tego konkretnego okresu, była praktycznie niemożliwa do wykrycia przez innych członków wilczego stada, jako że normalni ludzie nie widzieli ani nie czuli w niej żadnej zmiany; dla nich wyglądało to tak, jakby była po prostu chora.
Oddychając ciężko, i próbując opanować drżenie kolan, przetrzepywała nerwowo swoją torbę w poszukiwaniu tabletek przytępiających działanie rui. Przeklęła głośno niekontrolowanie, uśmiechając się niepewnie do przechodzących ludzi obok niej, przepraszając cicho za swoje słownictwo.
Z głośnym westchnieniem rzuciła torbę na podłogę obok krzesła, starając się skulić w sobie jak najmocniej, by opanować bolesne ściskanie w dole brzucha.
Trudno, musiała przeczekać ten wykład; nie mogła go opuścić, był on konieczny, żeby bez problemu mogła potem zdać sesję.
Przygryzając wargę i tupiąc nerwowo nogą, mentalnie przyzywała profesora, żeby wreszcie zaczął i skończył, żeby ona mogła wrócić do domu, łyknąć porcję tabletek i zakopać się pod stertą kocy i kołder na następny tydzień.
Gdy wykład wreszcie się zaczął, jej ręce zaczęły się już trząść z bólu pomiędzy jej nogami. Jej umysł podświadomie zaczynał wysyłać jej tak niechciane sygnały.
Mężczyzna. Samiec. Alfa. Beta. Ktokolwiek, kto byłby w stanie ugasić ten żar w niej.
- Dzisiaj moi drodzy – odezwał się sędziwy profesor, leniwie przechadzając się po katedrze – odwiedzi nas szczególny gość. Nasz uniwersytet zabiegał o jego wizytę już od ponad roku, bo jako bardzo ważna w świecie persona, jego grafik jest niesamowicie napięty. To szczególna okazja dla was, młodych naszego narodu, by nauczyć się drogi do sukcesu od kogoś, kto jest wam wiekiem bardzo zbliżony – kontynuował zadowolony, klaszcząc w dłonie na koniec każdego zdania, jak to miał w zwyczaju.
Zacisnęła tylko mocniej zęby, kiwając się lekko w przód i w tył, próbując rozproszyć myśli o dzikim bólu i gorącu w pewnym miejscu jej ciała.
- Nie gadaj tylko dawaj tutaj tego błazna – warknęła sfrustrowana pod nosem, a parę głów wokół niej odwróciło się oburzonych, ale jej było już wszystko jedno.
Pragnęła tylko dostać się w bezpieczne miejsce, jak zawsze podczas rui. Do domu, powtarzały jej myśli, choć ciało wołało bezmyślnie i gorączkowo „Daj nam mężczyznę!”.
- Jako małe wprowadzenie powiem wam, że gość ten jest synem jednej z najbardziej wpływowych rodzin dwudziestego pierwszego wieku – ostatnia część zdania przebiła się przez jej otumanioną świadomość i nadstawiła bardziej uszu, czując jak jej puls przyspiesza jeszcze bardziej, a po plecach przechodzą nieprzyjemne ciarki, zwiastujące coś nieszczególnie dla niej miłego – Pomimo swojego statusu, zaczynał w firmie ojca od zera, by potem zostać jej wiceprezydentem. Teraz zarządza wielkim przedsiębiorstwem Wu Enterprise; chcę żebyście przywitali go z należytym honorem. Wu Yifan! – zapowiedział, a jej zmroziło krew w żyłach; wpatrzyła się w wykładowcę szeroko otwartymi oczami, modląc się, żeby to nie był ten sam człowiek.
Wu. Rodzina Wu od wieków była jedną z najbardziej poważanych rodzin wilkołaczych. Mieli status, pieniądze i władze; do tego też od kilkunastu pokoleń rodziły im się najsilniejsze Alfy jakie widział świat. Mieli wszystko, a nawet jeśli nie, to stan ten długo nie trwał.
Nikt się im nie sprzeciwił, nigdy. A gdy ktoś spróbował, długo nie pożył.
To była jedna z rodzin, której jej rodzice obawiali się najbardziej, bo nie było mowy, żeby dali radę uchronić swoją ukochaną córkę od tak znaczących wilkołaków. W szczególności, że mieli oni syna, niewiele starszego od Dino.
Wu Yifan, ze szkolnych lat znany również pod pseudonimem Kris. Osobistość znana pośród likantropów jako najbardziej pożądana partia; przystojny, inteligentny i nad wyraz charyzmatyczny, do tego stopnia że było nawet parę informacji o Omegach, które ujawniły się dla niego w nadziei, że uczyni je swoimi partnerkami.
Jak można się było tego spodziewać, ślad po nich szybko zaginął; nie to, żeby Dino im było ich żal – jak były na tyle głupie, żeby nie zważając na swoją sytuację ujawnić się przed niemalże całym światem… nic dziwnego że po krótkim czasie ktoś się nimi zajął.
Ironicznie jednak, sytuacja w której ona była, była w pewien sposób podobna, tylko z tysiąc razy gorsza; po pierwsze ona nie chciała się ujawnić, czy nawet być w pobliżu tego mężczyzny, a została do tego zmuszona. Po drugie, miała ruje, niehamowane żadnymi lekami – innymi słowy, jej hormony w tej chwili czuć już w całej auli, jeśli już nie na zewnątrz. Nie ma po prostu szansy, że się nie dowie, że tutaj jest. Jej ostatnią szansą jest możliwość, że nie wyłapie jej spośród masy kilkuset innych studentów, i że jako zabiegany przedsiębiorca, nie zostanie tutaj na długo.
Pomimo kłującego bólu i zdesperowanych wrzasków jej wewnętrznego zwierzęcia, wyprostowała się na krześle, starając wyglądać na jak najmniej wytrąconą z równowagi.
Teraz miała rozegrać się jej samotna bitwa o wolność i godne życie.
Drzwi do auli otworzyły się powoli, i w asyście dwóch rosłych ochroniarzy, do środka wszedł wysoki, przystojny mężczyzna w garniturze, witany rozgorączkowanymi szeptami studentów, a w szczególności studentek.
Jego włosy w kolorze ciemnego orzecha okalały delikatnie piękną twarz z dużymi, charyzmatycznymi oczami, ciemnymi brwiami i pełnymi, ponętnymi ustami. Marynarka napięła się lekko na jego mięśniach, gdy podał rękę oczarowanemu profesorowi, szepcząc do niego kilka słów z uprzejmym uśmiechem.
Chwyciła się nerwowo brzegu krzesła, zaciskając mocno szczęki i przymykając oczy, gdy dotarł do jej wrażliwych nozdrzy przytłaczający zapach mężczyzny, niosący ze sobą czyste feromony Alfy.
Przeklęła szpetnie w myślach, bojąc się otworzyć usta, żeby nie wyrwał jej się żaden jęk. Jej ciało całe drżało, chcąc przejąć kontrolę nad umysłem i popędzić do przywódcy stada, by oddać mu się bez reszty.
Przełknęła głośno ślinę i odetchnęła parę razy głębiej, chcąc odzyskać chociaż namiastkę panowania nad własnym ciałem. Podniosła wzrok akurat w momencie, gdy przyszła głowa klanu Wu odwróciła się w stronę audiencji. Rozejrzał się uważnie wokół, skanując przeszywającym wzrokiem tłumy studentów przed sobą, a ona doznała przerażającego uczucia, że on już wie o tym, że na sali jest jakaś Omega.
Po chwili na twarzy mężczyzny zawitał czarujący uśmiech, i podszedł do mikrofonu, od którego usłużnie oddalił się profesor. Przywitały go ochocze oklaski, nawet zanim jeszcze cokolwiek powiedział, i miała ochotę prychnąć.
Ludzie nie mieli pojęcia, z kim mieli do czynienia. Ale my wiemy! Musimy się do niego dostać! wrzasnęło jej jestestwo, a ona z trudem stłumiła je w sobie, marszcząc z bólu brwi.
- Dzień dobry wszystkim. Dziękuję za wspaniałą przedmowę pana profesora – tutaj uczynił ukłon w stronę starego wykładowcy, rzucając mu pobieżne spojrzenie, po czym wrócił do wpatrywania się w kilkuset osobową audiencję – Jestem tutaj, żeby na moim przykładzie pokazać wam, że w dwudziestym pierwszym wieku młody może coś osiągnąć – wiele osób zaśmiało się gorzko, a on rzucił wszystkim miły uśmiech, co w połączeniu z jego niskim głosem sprawiło, że musiała przygryźć wargę, by się nie zdradzić i nie puścić mu oczka, jak to właśnie robiła połowa sali. Miała ochotę walnąć siebie za ten ruch, ale było to lepsze niż mruganie rzęsami.
- Prawda jest taka, że tylko wasza nieustępliwość, ciężka praca i upór dzielą was od sukcesu w życiu – nieprzerwanie wodził uważnym wzrokiem po twarzach, szukając tej jednej jedynej, od której dochodziła nęcąca woń, która otumaniała jego zmysły – Ale jako że nie mogę wam tak po prostu dać takiej krótkiej rady i wyjść stąd – kilka osób głośno zaprotestowało, ale on ciągnął niewzruszony dalej – opowiem wam trochę o sobie, żebyście zrozumieli, o co mi chodzi – jego oczy napotkały jej i nie ruszyły się już dalej, a jej serce przestało w moment bić. Nie było sensu udawać, że to nie ona; kiedy Alfa już raz ją znalazł, nie było możliwości, by go oszukać. Zapadła kilkusekundowa cisza, nabrzmiała od niemego napięcia pomiędzy nimi. Jego oczy wciągały ją w swoją niesamowitą, ciemną głębię, bez możliwości ucieczki, i poczuła jak czerwień wypływa na jej policzki, a w głowie robi jej się pusto. Na jego usta wpłynął niemalże niewidzialny uśmieszek, ale dla niej był to znak, że była zgubiona, bo on ją znalazł.
W myślach zaczęła nerwowo przeszukiwać swoje wspomnienia dotyczące sali i tego, gdzie znajdowały się wyjścia awaryjne. Przypomniała sobie dwa wyjścia na samej górze, ale te były zwykle zamknięte; były jeszcze dwa na dole, z czego jednego było tuż obok katedry, i które automatycznie odpadło. Ostatnie było wejściem głównym, i znajdowało się po jej prawej stronie, parę rzędów w dół.
Głos mężczyzny utonął w jej gorączkowych myślach, choć sam jego tembr wprowadzał jej ciało w nerwowe oczekiwanie, a gorąco pomiędzy jej nogami zaczęło się zwiększać. Zacisnęła jednak mocniej zęby, dyskretnie próbując spakować swoje rzeczy.
W tej chwili ucieczka była jej jedynym wyjściem. Zaliczony przedmiot nie był już tak ważny; priorytetem stało się znalezienie w bezpiecznym miejscu i ocalenie swojego życia. Miała tylko nadzieję, że jeśli skutecznie zniknie, to Alfa wyjedzie z tego miasta i już tu nie wróci. Przyzwyczaiła się do tego miejsca, i nie uśmiechało jej się z niego wyjeżdżać pod żadnym pozorem.
Gdy wstała i zaczęła się przepychać trzy rzędy niżej, dosłownie naprzeciwko wyjścia, czuła na sobie gorący, uważny wzrok mężczyzny. Skupiła w sobie całą siłę swojej woli, by na niego nie spojrzeć, ale jej ciało wyrywało się do niego tęsknie, wydzielając jeszcze więcej feromonów.
Przycupnęła na siedzeniu na samym brzegu i spuściła głowę w dół, czując jak najsilniejsza jak do tej pory fala gorąca w nią uderza. Jej ruje już bez samych tabletek były silne, a co dopiero, gdy w pobliżu znalazł się tak potężny i wpływowy Alfa. Jego feromony wciąż dochodziły do jej nosa, sprawiając że kolana trzęsły się jej niepohamowanie, przytknęła więc rękaw do nosa, próbując nieco go zatkać. Nie obchodziło jej już to, że zachowywała się dziwnie i parę osób wokół niej spojrzało na nią z podniesionymi brwiami. I tak nie było sensu udawać, bo on już wiedział.
Wybrała moment, w którym zrobił się największy hałas, bo studenci nagle wyjęli swoje notesy i zaczęli notować to, co mówił następca Wu Enterprise. Jak tylko wstała, poczuła zawirowania w głowie, ale nie usiadła z powrotem. Ku niezadowoleniu jej wewnętrznego wilka i kilku osób wokół, którym hałas który robiła wyraźnie przeszkadzał, udało jej się dojść chwiejnym krokiem do drzwi i pchnąć je niepewnym ruchem.
Zanim nie wypadła na zewnątrz, kątem oka dojrzała zmarszczone brwi na twarzy Wu Yifana, i uśmiechnęła się do siebie nieprzytomnie, choć jej wilk wył z rozpaczy, że oddala się od Alfy, której on potrzebował.  
Nim przed jej oczami nie zapadła ciemność, rozsadzając od środka jej głowę, ujrzała przed sobą dwóch zdziwionych mężczyzn, którzy zatrzymali się przed nią w pół kroku. Następna była tylko przejmująca fala gorąca i odpłynęła, nie mogąc dłużej utrzymać się na nogach.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
- Baekkie, pospiesz się, bo się spóźnimy! – chłopak wywrócił tylko oczami, dalej cierpliwie nakładając eyeliner na powiekę. Po co się spieszyć? Żeby słuchać, jak Kris przynudza na mównicy? Wolałby już wylegiwać się w łóżku.
- Nie stresuj się tak, Yeollie! – odkrzyknął mu z uniwersyteckiej łazienki, z zadowoleniem obserwując wynik swoich działań w lustrze.
- Jestem twoją Betą, nie powinieneś mnie tak nazywać – odburknął mężczyzna, a Baekhyun wiedział, że Chanyeol był już lekko wyprowadzony z równowagi. Jego chłopak nigdy nie wspominał o swojej pozycji w stadzie, póki nie chciał na nim czegoś wymóc. Westchnął cicho i rzucił ostatnie spojrzenie na swoją postać w lustrze.
- Już idziemy, skarbie – powiedział wychodząc, i posyłając mu uspokajający uśmiech. Chanyeol odsunął się od ściany, o którą się opierał, ruszając powoli długim korytarzem. Włożył ręce w kieszenie i obrzucił naburmuszonym wzrokiem mniejszego mężczyznę.
- Dla kogo się tak wystroiłeś? – burknął, marszcząc brwi. Baekhyun tylko zaśmiał się cicho pod nosem do siebie, łapiąc wyższego pod ramię i spoglądając mu w oczy.
- Jak to dla kogo, oczywiście że dla mojej Bety, prawej ręki najsilniejszego Alfy na świecie! – ucałował go w policzek, a ten uśmiechnął się do siebie zadowolony.
- Wiesz gdzie mamy iść, prawda Yeollie? – spytał, rozglądając się ciekawie dokoła.
- Oczywiście, że… - w tym momencie drzwi od auli, obok których właśnie przechodzili otworzyły się szeroko, i wypadła z nich drobna blondynka. Zatoczyła wokół zdezorientowanym wzrokiem, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy opadła na podłogę - … tak. – skończył Chanyeol, zaskoczony, a Baekhyun kątem oka dostrzegł uważne spojrzenie Krisa z wnętrza sali.
- O, Kris. Musiała wyjść z jego wykładu… - w tym momencie do ich nozdrzy dotarła woń jej feromonów, i niższemu chłopakowi rozszerzyły się w szoku oczy.
- Omega… - wyszeptał bardziej do siebie niż do swojego chłopaka, odwracając się do niego akurat w momencie, by zobaczyć jego pełne pożądania oczy i mocno zaciśnięte szczęki.
Bez słowa, szybkim ruchem spoliczkował mężczyznę, a ten spojrzał na niego zdezorientowany, łapiąc się za bolące miejsce.
- Za co to? – spytał zszokowany.
- To Omega, i do tego ma ruje. Nie możesz pozwolić, żeby twój instynkt przejął nad tobą kontrolę – Baekhyun obserwował go uważnie, próbując tym samym przemówić mu do rozumu.
Gdy upewnił się, że mężczyzna opanował się do końca, zwrócił się w stronę nieprzytomnej dziewczyny. Od razy wiedział, że zwykle używała leków na powstrzymanie rui, a teraz najwyraźniej musiała ich nie wziąć; dlatego fala hormonów była tak niesamowicie silna, organizm wreszcie nie był niczym hamowany. Chłopak doskonale czuł woń, która emanowała z jej drobnej istotki, ale jako Omega, nie czuł do niej żadnego pociągu.
- Yeollie, odsuń się, musi ją jeszcze bardziej boleć, gdy jesteś obok niej – powiedział łagodnie do chłopaka, a ten pokiwał powoli głową, starając się nie spuszczać wzroku z mniejszego  mężczyzny.
Następnie uklęknął przy niej i podniósł ją bez najmniejszego wysiłku do góry, nie zwracając uwagi na zdziwioną minę Chanyeola.
- Co robisz? – spytał zdezorientowany, marszcząc w niezrozumieniu brwi.
- Zaniosę w jakieś bezpieczne miejsce i podam leki, żeby się tak nie męczyła – oświadczył, kierując się powoli w stronę wyjścia.
- A co ze mną? – mruknął niezadowolony Beta, na co Baekhyun tylko uśmiechnął się do niego promiennie.
- Idź pokibicować Yifanowi za mnie, dobrze tygrysie? A wieczorem ci to wszystko wynagrodzę – zaoferował słodkim głosem, trzepiąc zalotnie rzęsami, a ten poczuł, jak wszystko w jego wnętrzu się topi; w końcu kto mógłby się oprzeć takiej słodkiej istotce?
- No dobrze, ale lepiej żebym cię znalazł w naszym pokoju w hotelu, jak wrócimy z Krisem – zgodził się w końcu zrezygnowany, choć prawda była taka, że wiele do powiedzenia nie miał, bo Baekhyun był już w połowie korytarza. Nie lubił, gdy jego Omega się od niego oddalała – miał wtedy wrażenie, że ktoś w każdej chwili mógłby go odebrać, chociaż w tym zapomnianym przez wilkołaki mieście było to chyba niemożliwe.
Biorąc jednak pod uwagę, że znaleźli tutaj młodziutką Omegę, być może jest tu inna wataha, do której ona należy. Zaraz jednak odrzucił od siebie tą myśl, próbując odepchnąć też od siebie nagły strach o życie swojego wybranka. Prócz silnych feromonów, nie czuł od dziewczyny żadnego zapachu, który by wskazywał na innego Alfę.
Westchnął tylko ciężko, wchodząc powolnym krokiem do sali, w momencie gdy drobna sylwetka Byun Baekhyuna zniknęła z jego pola widzenia za załomem.
Powitał go uważny wzrok jego Alfy, ale nie ugiął się pod nim, jako że wszyscy mieli tutaj udawać zupełnie normalnych ludzi, kiwnął mu więc tylko lekko głową, siadając w najniższym rzędzie krzeseł, najbliżej swojego przywódcy.
Brunet wciąż nie spuszczał z niego oczu, obserwując uważnie każdy jego ruch, wodząc od czasu do czasu wzrokiem po audiencji, tak jakby kogoś jeszcze szukał. W końcu ich oczy się spotkały, i Chanyeol mrugnął szybko, dając mu do zrozumienia że Baekhyuna tutaj nie ma, i żeby się o to nie martwił teraz.
Mężczyzna prowadził dalej swój wykład, jednak myślami był zupełnie gdzie indziej. Szukał nęcącego zapachu, który poczuł wcześniej, ale był on już niemalże niewyczuwalny, więc dziewczynie prawdopodobnie udało się wyjść z budynku. Nie był zadowolony z tego powodu, ale miał zamiar ją tak czy inaczej znaleźć. Nikt nie będzie mu odmawiał, jest w końcu Wu Yifanem, najbardziej wpływowym i najsilniejszym Alfą na świecie.
W tym momencie do jego nozdrzy dotarł świeższy zapach dziewczyny i wytężył swoje zmysły, by dotrzeć, skąd on dochodził. Poczuł, jak jego mięśnie tężeją, gdy jej woń doszła go od strony jego prawej ręki. Podświadomie zacisnął mocno szczęki, ale nawet się nie zająknął, teraz jednak skupił całą swoją uwagę na drugim mężczyźnie.
Chanyeol poruszył się niespokojnie na siedzeniu, widząc morderczy wzrok Alfy na sobie, zupełnie nie wiedząc, o co mu chodzi, ale wyczuwając, że jeśli szybko tego nie rozwiąże, w hotelu może pożegnać się z własnym życiem, bo Kris nie byłby w stanie zapanować nad swoim instynktem.
Jego myśli krążyły gorączkowo wokół ostatnich wydarzeń, zastanawiając się, co mogło tak go wyprowadzić z równowagi; może nie usunął jednej z wajch, które zainstalowała Ann? A może Baekhyun znów dorwał się do jego karty kredytowej no limits i rachunek wyniósł kilkaset tysięcy. A może… może dowiedział się, że Chanyeol „pożyczył” sobie parę razy jego ukochanego Astona Martina Vanquisha, żeby oczarować nim swoją Omegę i zagwarantować mu całonocny, szalony seks?
Wtedy coś kliknęło w jego głowie, i poczuł jak adrenalina mu nieco opada. To musiała być ta mała blondynka. Yifan już wcześniej ją wyczuł, a ona zapewnie od niego uciekała, czując że jest Alfą. Szczerze mówiąc nie dziwił jej się, byłaby głupia, gdyby nie uciekła. Ich Alfa potrafił być straszny, gdy miał na coś chrapkę. Pewnie został na nim jej zapach, odkąd przebywał dosyć blisko niej…
Przełknął głośno ślinę. Nie, było jeszcze gorzej, niż gdyby dowiedział się o wszystkich innych rzeczach. Bo jeśli Kris zainteresuje się czymś, nie spocznie, póki tego nie dostanie.
Tęczówki Alfy zajarzyły się w jednej sekundzie na czerwono i Chanyeol poczuł nieprzemożoną ochotę, by paść na podłogę i okazać brzuch swojemu przywódcy w geście poddania. Ten jednak odwrócił się od niego całkowicie, kierując swe, wciąż groźne, spojrzenie na salę pełną ludzi. Nikt prócz Bety, który miał wyostrzony słuch, jak każdy wilkołak, nie wyłapał zmiany, jaka zaszła w tonie mężczyzny. Mówił szybciej i ostrzej, a jego wzrok tępił każdego, na kogo spojrzał.
W tamtej chwili Chanyeol wiedział już, że tak łatwo się z tego nie wykręci.
Piętnaście minut później, Yifan skończył przedwcześnie wykład, bez słowa zbierając gromkie brawa, komunikując tym samym cicho wykładowcy, że musi wyjść wcześniej, bo obowiązki go wzywają.
„Chyba obowiązek rozmnażania się” pomyślał gorzko mężczyzna, wstając ze swojego miejsca i milcząco podążając za potomkiem rodu Wu, mijając po drodze skołowanego staruszka, który kłaniał się im bez wyjątku w pół. Za drzwiami dołączył do Kaia i Tao, którzy przejęli na siebie dzisiaj udawanie ochroniarzy (bo przecież tak silny Alfa sam byłby w stanie sobie z tym poradzić).
Niższy z mężczyzn, i tym samym najmłodszy, spojrzał na niego ukradkiem, wciąż jednak nie spuszczając wzroku z szerokich pleców Krisa, który szedł przed nimi niczym terminator, sprawiając, że nawet dziennikarze odsuwali się na boki, przerażeni.
- Poczułeś to Chanyeol, poczułeś? – spytał podekscytowany – Na sali była kobieta, Omega! I do tego miała ruje! – szepnął ciszej, a jego oczy zaświeciły się złowieszczo – Jak sądzisz, uciekła stąd daleko?
- Nie powinieneś się teraz tym zajmować, Kai – mruknął nisko wysoki blondyn z podkrążonymi oczami, a ten spojrzał na niego zdziwiony – Szef nie jest teraz w humorze – wzrok chłopaka powędrował na bruneta, ale ten się nawet nie odwrócił w ich stronę. Już miał powiedzieć, że chyba mu się przewidziało, gdy przerwał mu niski, donośny, i zdecydowanie nie pogodny głos:
- Lepiej słuchaj się starszych, szczeniaku – warknął, a Kai struchlał ze strachu. Uspokoił się dopiero, gdy nic więcej się nie stało, a Chanyeol poklepał go współczująco po ramieniu.
- Gdzie jest Baekhyun, Chanyeol? – spytał tylko Kris, gdy dotarli do samochodu, przewiercając go groźnym spojrzeniem, a ten odwrócił wzrok w geście uległości.
- Musiał wrócić do hotelu, zapomniał czegoś bardzo dla siebie ważnego, ale nie chciał mi powiedzieć, czego – mina Alfy złagodniała nieco; nieważne jak Baekhyun potrafił być niesforny, miał do niego słabość, jak i do innej Omegi w ich stadzie – LuHana. Uważał ich za bezbronne istotki, które potrzebowały jego opieki. Zaraz jednak jego twarz znów nabrała mrocznego wyrazu.
- Kai, Tao, jedziecie z resztą. Chanyeol, ty jedziesz ze mną – powiedział tylko, wsiadając do czarnego vana, którego używali podczas wyjazdów służbowych. Beta wahał się przez chwilę, nim nie podążył za swoim Alfą.
Drzwi zamknęły się za nim i szofer ruszył z miejsca, a Kris jednym przyciskiem podniósł i przyciemnił szybę pomiędzy kierowcą a tylnymi siedzeniami.
Chanyeol nie zdążył nawet w jakikolwiek sposób zareagować, gdy poczuł na szyi morderczy uścisk, który zabrał mu dech, a przed jego twarzą pojawiła się twarz Yifana; jego oczy błyszczały złowieszczo krwistą czerwienią, i mężczyzna miał ochotę schować się w sobie.
- Dokąd Baekhyun ją zabrał? – zawarczał, zwalniając tylko lekko uścisk na jego szyi, gdy ten zaczął się krztusić.
- Ch-chyba do hotelu, miał jej podać leki uspokajające ruje – wycharczał, łapiąc w końcu za ręce swojego przywódcy, aby ulżyć płucom, zaraz je jednak opuścił, słysząc głuchy warkot z gardła mężczyzny.
- Dotykałeś jej?
- Nie, Baekkie zaniósł ją sam do samochodu – wreszcie, powoli, Kris wypuścił go ze swojego uścisku, nie widząc w jego oczach kłamstwa.
  - Dobrze. Ona jest moja.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
Gdy się obudziła, po jej ciele rozpływało się przyjemne ciepło. Otworzyła powoli oczy, i jęknęła cichutko, kiedy poczuła kłujący ból w dole brzucha.
- Nie ruszaj się za bardzo, leki jeszcze nie zaczęły działać, więc łagodzę ból termoforem – usłyszała miły głos nad sobą, a jej słuch od razu się wyostrzył, i wszystkie jej mięśnie się spięły gwałtownie.
Nie znała tego głosu, a do tego jej nos znalazł nowy zapach – Omegi.
Jej oczy w końcu przestały bez ładu i składu wędrować po pokoju, i napotkały duże, brązowe tęczówki, okolone grubą kreską eyeliner’a, i ciepły, współczujący uśmiech. Powinno ją to chociaż w jakimś stopniu uspokoić, ale tak się nie stało. Mięśnie napięły się jej jeszcze bardziej, a z gardła wydobył ostrzegawczy, choć nieco obolały, syk. Nieważne, że czuła od niego czystą woń Omegi – mógł w końcu być handlarzem, który chcąc ratować siebie, wydawał innym wilkołakom swoich pobratymców.
Mężczyzna podniósł tylko ręce w geście poddania, pokazując jej, że nie miał przy sobie żadnej broni. Rzeczywiście, nie wyglądał na zbyt groźnego – drobny i zadbany, z drogimi, wyszukanymi ciuchami; Dino była pewna, że musiał przynależeć do jakiejś silnej, wpływowej watahy. Na myśl przyszedł jej Wu Yifan, i poczuła, jak jednocześnie zalewają ją fale gorąca i paniki. Co oni wszyscy tu robili, do cholery?!
- Nie martw się, nic złego ci się tu nie stanie – rzucił spokojnym głosem, robiąc ostrożny krok w jej stronę.
- Nie podchodź do mnie – warknęła, pozwalając, by niekontrolowany dreszcz strachu przeszedł przez jej ciało.
- Chcę ci tylko pomóc – kontynuował z niezmiennym wyrazem twarzy.
- Nie potrzebuję pomocy od kogoś takiego jak ty – warknęła, patrząc na niego z nienawiścią w oczach, starając się zwalczyć w sobie wołanie jej ciała do Alfy.
Ten zmarszczył brwi, i już otworzył usta, by coś jej odpowiedzieć, gdy w tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i nowa woń pojawiła się w pomieszczeniu.
Nie zdążyła nawet zakląć w myślach, gdy jej umysł zalało czyste pożądanie, i załkała cicho pod nosem, marszcząc brwi, ostatkiem sił i woli odsuwając się pod ścianę, nie zwracając uwagi na bolesne kłucie w dole brzucha.
Wysoki brunet wkroczył do środka, a mniejszy mężczyzna natychmiast struchlał i podświadomie wycofał się pod ścianę, czując morderczą aurę bijącą od Alfy. Jego oczy przeskanowały cały pokój, błyszcząc niebezpiecznie na czerwono. Kiedy jego wzrok spoczął na drobnej dziewczynie, na jego usta wpłynął zadowolony uśmieszek, a ona poczuła nieprzyjemny dreszcz, który przeszedł przez jej kark. Jej nogi zatrzęsły się, ale siłą powstrzymała się, by nie rozłożyć ich w geście poddania.
Jeśli miała zginąć, to zrobi to z honorem.
Podciągnęła nogi pod siebie, nie spuszczając wzroku z niebezpiecznego, niewiele od niej starszego mężczyzny. Ten za to, najpierw wolnym krokiem podszedł do członka swojej watahy. Chłopak zamknął oczy, bojąc się tego, co zaraz mogło nastąpić, ale Kris tylko poklepał go po głowie, pieszczotliwie czochrając mu włosy i rzucając delikatny, ledwo zauważalny uśmiech.
- Nie bój się, Baekhyunnie – jego głos był jeszcze niższy, niż gdy słyszała go przez głośniki, i musiała sobie zamknąć dłonią usta, by nie wyrwał się z nich desperacki jęk – Chanyeol czeka na ciebie za drzwiami. Martwi się, że na ciebie też się zezłoszczę – powiedział, wciąż z uśmiechem na ustach, a młody mężczyzna podniósł głowę z niemym, lekko zmartwionym spojrzeniem – Nic mu nie jest, idź do niego – pospieszył go delikatnie brunet, a ten tylko kiwnął mu z szacunkiem głową, rzucając nieśmiały uśmiech, i wybiegając z pokoju, w którym zapadła nienaturalna, pełna napięcia cisza.
Po chwili odwrócił się w jej stronę, a włoski na jej karku stanęły dęba. Ze zwycięską miną podszedł do niej powoli, niczym drapieżca otaczający swoją ofiarę, i jednym szybkim ruchem dłoni wyprostował jej nogi, nie zważając na jej cichy jęk protestu. Przygwoździł je nogą do materaca, zawieszając się nad blondynką i oblizując z zadowoleniem wargi, gdy jej ciało zadrżało pod nim niekontrolowanie.
- Myślałaś, że mi uciekniesz, co? Że jesteś mądrzejsza ode mnie? Ale jak widać, twoje ruje są po mojej stronie.. – warknął do jej ucha, a ona zagryzła wargę aż do krwi, odwracając wzrok od mężczyzny, by nie powiedzieć czegoś, co od razu pozbawiło by ją życia. Albo gorzej, dało jej żałosne życie jako seks zabawka.
Nachylił się nad nią, a jego brązowe oczy przybrały barwę czystej czerni, przeplatanej co jakiś czas błyskiem czerwonego. Choć starała się mu wyrwać, to złapał pewnie jedną ręką obydwie jej dłonie w mocny uścisk nad głową, unieruchamiając kompletnie, a jego język wysunął się spomiędzy pełnych warg. Zaczął bez ostrzeżenia zataczać nim koła po jej obojczyku, sprawiając, że plecy wygięły się jej w łuk, pragnąc bliskości jego ciała, czego zdecydowanie nie pragnął jej umysł.
- Zostaw mnie… Alfo – zdołała wykrztusić, czując nieznośną wilgoć w kroku i gorąco, które skutecznie otępiało jej zmysły i sprawiało, że jej oddech był ciężki i urywany.
Uścisk na jej dłoniach wzmocnił się, a ona wydała z siebie krzyk bólu, podczas kiedy druga dłoń Krisa powędrowała pod jej koszulkę, napawając się ciepłem i miękkością jej skóry.
- Nie waż się mi sprzeciwiać… Będziesz moja – jego oczy przybrały na chwilę odcień płynnego szkarłatu, i miała ochotę spoliczkować się za to, że na ten widok zalotnie oblizała zranioną wargę.
- Więc mnie już zabij, bo ja na to nie pozwolę – jej słowa były zupełnym przeciwieństwem tego, co robiło jej ciało, ale w następnej chwili, nie wiedziała jakim cudem, zaczęła się na powrót szamotać, choć było to mało efektywne.
Mężczyzna przygryzł karcąco jej ucho, warcząc cicho jednocześnie, a ona pisnęła, nie mogąc się zdecydować, czy podoba jej się to, czy nie.
- Nie będziesz mi rozkazywać – warknął, przygważdżając ją mocniej do łóżka swoim ciałem, a jego dłoń ścisnęła mocno jej pierś przez stanik, co zostało nagrodzone jękiem, a potem kolejną serią szamotanin.
- N-nie będziesz mi mówił co mam robić, nie należę do twojego stada! – wyrzuciła z siebie, odwracając głowę, gdy nachylił się mocniej nad nią, by ją pocałować.
Mężczyzna wyciągnął rękę spod jej bluzki i chwycił jej podbródek w palce, nie pozwalając, by odwróciła od niego wzrok.
- Nie odszczekuj się mała, bo będzie bardziej bolało – zdążył powiedzieć tylko, i w tym momencie drzwi od pokoju trzasnęły głośno o ścianę, gdy ktoś otworzył je gwałtownie.
Do środka wleciał drobny mężczyzna z dużymi, jelenimi oczyma; wyglądał na ubranego w pośpiechu, a jego włosy rozwalone były w nieładzie. Oddychał ciężko, a za nim stali przerażeni Baekhyun i Chanyeol, starając się wyciągnąć go z pokoju i tym samym ocalić jego życie, ale jelonek zdawał się tym nie przejmować.
Oczy Yifana zaświeciły się żądzą mordu, ale zacisnął tylko mocniej szczęki, starając się opanować.
- Dhuizang, dhuizang! Źle się dzieje w domu, Ann zainstalowała nowe ustrojstwo, Chen to włączył i coś się zaczęło fajczyć… nie wiemy co, bo tylko się ze ścian kopci, ale robi tak już od dwóch godzin! Chen znalazł Ann gdzieś w sali balowej, ale ona tam się zabarykadowała, jak wychodziłem, dzwonił do Suho żeby zamówił taran… - w tym momencie jego oczy się rozszerzyły, widząc scenę przed sobą.
Dino patrzyła ze zdziwieniem i podziwem, jak na jego twarz wpływa mina pełna oburzenia, a po chwili chłopak wziął się pod boki i podszedł bliżej łóżka.
- Dhuizang, co to ma znaczyć? Dhuizang obiecał, że będzie chronił Omegi, a nie je gwałcił, co sobie dhuizang wyobraża? – zaczął, jednym silnym ruchem zepchnął o wiele większego mężczyznę z blondynki – Mnie i Baekhyunowi nigdy nic dhuizang nie zrobił!
Już w następnej chwili, mocno otumaniona, dziewczyna stała o własnych nogach, choć nieco chwiejnie, a, jak na razie bezimienny, jelonek poprawiał jej włosy i ciuchy.
- Bo jesteście facetami… - burknął pod nosem niezadowolony Kris, ale nic więcej nie powiedział, podnosząc się z łóżka i z mroczną miną obserwując wciąż przerażoną młodą kobietę.
- Choć mała, zaopiekujemy się z Bakehyunniem tobą! – zaoferował wesoło dziewczynie, i nie czekając na jej odpowiedź, czy chociażby reakcję swojego lidera, wyciągnął ją z pokoju.
Tuż za załomem dołączył do nich oszołomiony Baekhyun, a wciąż zdezorientowana i przestraszona Dino nie zwróciła nawet na niego uwagi.
- LuHannie – zaczął przerażonym głosem – Lider nas zabije, on ją chciał dla siebie.
Mężczyzna zwany LuHanem zamrugał kilka razy niezrozumiale, po czym wzruszył tylko ramionami.

- Ja tam nie wiem, ale na razie ją zabieram. Widziałeś jej paznokcie?! – wykrzyknął nagle, wymachując ręką blondynki w powietrzu, a ona zatoczyła się, zdezorientowana – Ten kolor jest genialny! – ciągnął dalej podniecony – Musisz nam powiedzieć, do jakiej chodzisz manicurzystki – stwierdził zupełnie poważnie, zwracając się do Dino, a po chwili już ją wsadził do czarnego vana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz