Właśnie
wchodziła na aulę, w oczekiwaniu na kolejny tego dnia wykład, gdy fala gorąca w
nią uderzyła. Niemalże ją powaliła, sprawiając że została zmuszona usiąść
gdziekolwiek, byle szybko. Poczuła strużkę potu spadającą ze skroni i nieznośne
gorąco między nogami, któremu nic nie pomagało.
Ruje. Jedna z
rzeczy, których Omegi nienawidziły w swoim statusie w stadzie.
Trzeba wam
bowiem wiedzieć, że na świecie, pośród zwykłych, przeciętnych ludzi, chodzą
jednostki niezwykłe.
Ludzie
nazywają ich dziećmi Księżyca, lub bardziej popularnie – wilkołakami.
Mają oni
bardzo silne poczucie stadne, a także wiele innych cech wilczych –
terytorialność, izolację od innych, czy też właśnie ruje.
Najwyższą
pozycję w stadzie miał Alfa – najsilniejszy i najinteligentniejszy, a w kwestii
ludzkiej, bardzo często też najbogatszy. Pomimo, że bycie przywódcą jest
kwestią wrodzoną, jest ich bardzo niewielu – głównie przez walczące ze sobą
klany, co sprawiło że tylko kilka najsilniejszych przetrwało. Bo bez stada i władzy,
praktycznie nie można już używać tego określenia. Następne w randze były Bety;
można ich określić prawymi rękami Alf. Zwykle zaraz po przywódcy stada, mieli
podobny autorytet jak on, byli jednak bezwzględnie posłuszni swojemu wodzowi.
Na samym dole tej hierarchii były Omegi. Niemal zawsze były poniewierane i
bezczeszczone przez wyższych w randze, jako że ich zadaniem był głównie rozród
i opieka nad potomstwem. Były szczególnie silnie pożądane w okresie rui, jako
że były w stanie wtedy spłodzić najsilniejsze szczenięta, nie oznaczało to
jednak, że były wtedy lepiej traktowane w żaden sposób. To też sprawiło, że
Omegi powoli wyginęły ze świata. Większość się poukrywała wśród zwykłych ludzi,
zaszywając się w niedostępnych miejscach podczas swoich rui.
Populacja
wilkołaków zaczęła spadać, ale wielu z Omeg bardziej zależało na własnym życiu,
niż na przetrwaniu gatunku, który i tak wiele do świata według nich nie wnosił.
Tak samo było
z nią. Gdy tylko w wieku dwunastu lat dostała swoich pierwszych rui, i okazało
się jaką rangę w stadzie miała, jej rodzice wpadli w panikę. W ciągu jednej
nocy spakowali się i wyjechali z miasta, by zamieszkać w miejscu, gdzie procent
populacji wilkołaczej był niemal zerowy.
Tutaj, nawet
podczas tego konkretnego okresu, była praktycznie niemożliwa do wykrycia przez
innych członków wilczego stada, jako że normalni ludzie nie widzieli ani nie
czuli w niej żadnej zmiany; dla nich wyglądało to tak, jakby była po prostu
chora.
Oddychając
ciężko, i próbując opanować drżenie kolan, przetrzepywała nerwowo swoją torbę w
poszukiwaniu tabletek przytępiających działanie rui. Przeklęła głośno
niekontrolowanie, uśmiechając się niepewnie do przechodzących ludzi obok niej,
przepraszając cicho za swoje słownictwo.
Z głośnym
westchnieniem rzuciła torbę na podłogę obok krzesła, starając się skulić w
sobie jak najmocniej, by opanować bolesne ściskanie w dole brzucha.
Trudno,
musiała przeczekać ten wykład; nie mogła go opuścić, był on konieczny, żeby bez
problemu mogła potem zdać sesję.
Przygryzając
wargę i tupiąc nerwowo nogą, mentalnie przyzywała profesora, żeby wreszcie
zaczął i skończył, żeby ona mogła wrócić do domu, łyknąć porcję tabletek i
zakopać się pod stertą kocy i kołder na następny tydzień.
Gdy wykład
wreszcie się zaczął, jej ręce zaczęły się już trząść z bólu pomiędzy jej nogami.
Jej umysł podświadomie zaczynał wysyłać jej tak niechciane sygnały.
Mężczyzna.
Samiec. Alfa. Beta. Ktokolwiek, kto byłby w stanie ugasić ten żar w niej.
- Dzisiaj moi
drodzy – odezwał się sędziwy profesor, leniwie przechadzając się po katedrze –
odwiedzi nas szczególny gość. Nasz uniwersytet zabiegał o jego wizytę już od
ponad roku, bo jako bardzo ważna w świecie persona, jego grafik jest
niesamowicie napięty. To szczególna okazja dla was, młodych naszego narodu, by
nauczyć się drogi do sukcesu od kogoś, kto jest wam wiekiem bardzo zbliżony –
kontynuował zadowolony, klaszcząc w dłonie na koniec każdego zdania, jak to
miał w zwyczaju.
Zacisnęła
tylko mocniej zęby, kiwając się lekko w przód i w tył, próbując rozproszyć
myśli o dzikim bólu i gorącu w pewnym miejscu jej ciała.
- Nie gadaj
tylko dawaj tutaj tego błazna – warknęła sfrustrowana pod nosem, a parę głów
wokół niej odwróciło się oburzonych, ale jej było już wszystko jedno.
Pragnęła
tylko dostać się w bezpieczne miejsce, jak zawsze podczas rui. Do domu,
powtarzały jej myśli, choć ciało wołało bezmyślnie i gorączkowo „Daj nam
mężczyznę!”.
- Jako małe
wprowadzenie powiem wam, że gość ten jest synem jednej z najbardziej wpływowych
rodzin dwudziestego pierwszego wieku – ostatnia część zdania przebiła się przez
jej otumanioną świadomość i nadstawiła bardziej uszu, czując jak jej puls
przyspiesza jeszcze bardziej, a po plecach przechodzą nieprzyjemne ciarki,
zwiastujące coś nieszczególnie dla niej miłego – Pomimo swojego statusu,
zaczynał w firmie ojca od zera, by potem zostać jej wiceprezydentem. Teraz
zarządza wielkim przedsiębiorstwem Wu Enterprise; chcę żebyście przywitali go z
należytym honorem. Wu Yifan! – zapowiedział, a jej zmroziło krew w żyłach;
wpatrzyła się w wykładowcę szeroko otwartymi oczami, modląc się, żeby to nie
był ten sam człowiek.
Wu. Rodzina
Wu od wieków była jedną z najbardziej poważanych rodzin wilkołaczych. Mieli
status, pieniądze i władze; do tego też od kilkunastu pokoleń rodziły im się
najsilniejsze Alfy jakie widział świat. Mieli wszystko, a nawet jeśli nie, to
stan ten długo nie trwał.
Nikt się im
nie sprzeciwił, nigdy. A gdy ktoś spróbował, długo nie pożył.
To była jedna
z rodzin, której jej rodzice obawiali się najbardziej, bo nie było mowy, żeby
dali radę uchronić swoją ukochaną córkę od tak znaczących wilkołaków. W
szczególności, że mieli oni syna, niewiele starszego od Dino.
Wu Yifan, ze
szkolnych lat znany również pod pseudonimem Kris. Osobistość znana pośród
likantropów jako najbardziej pożądana partia; przystojny, inteligentny i nad
wyraz charyzmatyczny, do tego stopnia że było nawet parę informacji o Omegach,
które ujawniły się dla niego w nadziei, że uczyni je swoimi partnerkami.
Jak można się
było tego spodziewać, ślad po nich szybko zaginął; nie to, żeby Dino im było
ich żal – jak były na tyle głupie, żeby nie zważając na swoją sytuację ujawnić
się przed niemalże całym światem… nic dziwnego że po krótkim czasie ktoś się
nimi zajął.
Ironicznie
jednak, sytuacja w której ona była, była w pewien sposób podobna, tylko z
tysiąc razy gorsza; po pierwsze ona nie chciała się ujawnić, czy nawet być w
pobliżu tego mężczyzny, a została do tego zmuszona. Po drugie, miała ruje,
niehamowane żadnymi lekami – innymi słowy, jej hormony w tej chwili czuć już w
całej auli, jeśli już nie na zewnątrz. Nie ma po prostu szansy, że się nie
dowie, że tutaj jest. Jej ostatnią szansą jest możliwość, że nie wyłapie jej spośród
masy kilkuset innych studentów, i że jako zabiegany przedsiębiorca, nie
zostanie tutaj na długo.
Pomimo
kłującego bólu i zdesperowanych wrzasków jej wewnętrznego zwierzęcia,
wyprostowała się na krześle, starając wyglądać na jak najmniej wytrąconą z
równowagi.
Teraz miała
rozegrać się jej samotna bitwa o wolność i godne życie.
Drzwi do auli
otworzyły się powoli, i w asyście dwóch rosłych ochroniarzy, do środka wszedł
wysoki, przystojny mężczyzna w garniturze, witany rozgorączkowanymi szeptami
studentów, a w szczególności studentek.
Jego włosy w
kolorze ciemnego orzecha okalały delikatnie piękną twarz z dużymi,
charyzmatycznymi oczami, ciemnymi brwiami i pełnymi, ponętnymi ustami.
Marynarka napięła się lekko na jego mięśniach, gdy podał rękę oczarowanemu
profesorowi, szepcząc do niego kilka słów z uprzejmym uśmiechem.
Chwyciła się
nerwowo brzegu krzesła, zaciskając mocno szczęki i przymykając oczy, gdy dotarł
do jej wrażliwych nozdrzy przytłaczający zapach mężczyzny, niosący ze sobą
czyste feromony Alfy.
Przeklęła
szpetnie w myślach, bojąc się otworzyć usta, żeby nie wyrwał jej się żaden jęk.
Jej ciało całe drżało, chcąc przejąć kontrolę nad umysłem i popędzić do
przywódcy stada, by oddać mu się bez reszty.
Przełknęła
głośno ślinę i odetchnęła parę razy głębiej, chcąc odzyskać chociaż namiastkę
panowania nad własnym ciałem. Podniosła wzrok akurat w momencie, gdy przyszła
głowa klanu Wu odwróciła się w stronę audiencji. Rozejrzał się uważnie wokół,
skanując przeszywającym wzrokiem tłumy studentów przed sobą, a ona doznała
przerażającego uczucia, że on już wie o tym, że na sali jest jakaś Omega.
Po chwili na
twarzy mężczyzny zawitał czarujący uśmiech, i podszedł do mikrofonu, od którego
usłużnie oddalił się profesor. Przywitały go ochocze oklaski, nawet zanim
jeszcze cokolwiek powiedział, i miała ochotę prychnąć.
Ludzie nie
mieli pojęcia, z kim mieli do czynienia. Ale
my wiemy! Musimy się do niego dostać! wrzasnęło jej jestestwo, a ona z
trudem stłumiła je w sobie, marszcząc z bólu brwi.
- Dzień dobry
wszystkim. Dziękuję za wspaniałą przedmowę pana profesora – tutaj uczynił ukłon
w stronę starego wykładowcy, rzucając mu pobieżne spojrzenie, po czym wrócił do
wpatrywania się w kilkuset osobową audiencję – Jestem tutaj, żeby na moim
przykładzie pokazać wam, że w dwudziestym pierwszym wieku młody może coś
osiągnąć – wiele osób zaśmiało się gorzko, a on rzucił wszystkim miły uśmiech,
co w połączeniu z jego niskim głosem sprawiło, że musiała przygryźć wargę, by
się nie zdradzić i nie puścić mu oczka, jak to właśnie robiła połowa sali.
Miała ochotę walnąć siebie za ten ruch, ale było to lepsze niż mruganie
rzęsami.
- Prawda jest
taka, że tylko wasza nieustępliwość, ciężka praca i upór dzielą was od sukcesu
w życiu – nieprzerwanie wodził uważnym wzrokiem po twarzach, szukając tej
jednej jedynej, od której dochodziła nęcąca woń, która otumaniała jego zmysły –
Ale jako że nie mogę wam tak po prostu dać takiej krótkiej rady i wyjść stąd –
kilka osób głośno zaprotestowało, ale on ciągnął niewzruszony dalej – opowiem
wam trochę o sobie, żebyście zrozumieli, o co mi chodzi – jego oczy napotkały
jej i nie ruszyły się już dalej, a jej serce przestało w moment bić. Nie było
sensu udawać, że to nie ona; kiedy Alfa już raz ją znalazł, nie było
możliwości, by go oszukać. Zapadła kilkusekundowa cisza, nabrzmiała od niemego
napięcia pomiędzy nimi. Jego oczy wciągały ją w swoją niesamowitą, ciemną
głębię, bez możliwości ucieczki, i poczuła jak czerwień wypływa na jej
policzki, a w głowie robi jej się pusto. Na jego usta wpłynął niemalże
niewidzialny uśmieszek, ale dla niej był to znak, że była zgubiona, bo on ją
znalazł.
W myślach
zaczęła nerwowo przeszukiwać swoje wspomnienia dotyczące sali i tego, gdzie
znajdowały się wyjścia awaryjne. Przypomniała sobie dwa wyjścia na samej górze,
ale te były zwykle zamknięte; były jeszcze dwa na dole, z czego jednego było
tuż obok katedry, i które automatycznie odpadło. Ostatnie było wejściem
głównym, i znajdowało się po jej prawej stronie, parę rzędów w dół.
Głos
mężczyzny utonął w jej gorączkowych myślach, choć sam jego tembr wprowadzał jej
ciało w nerwowe oczekiwanie, a gorąco pomiędzy jej nogami zaczęło się
zwiększać. Zacisnęła jednak mocniej zęby, dyskretnie próbując spakować swoje
rzeczy.
W tej chwili
ucieczka była jej jedynym wyjściem. Zaliczony przedmiot nie był już tak ważny;
priorytetem stało się znalezienie w bezpiecznym miejscu i ocalenie swojego
życia. Miała tylko nadzieję, że jeśli skutecznie zniknie, to Alfa wyjedzie z
tego miasta i już tu nie wróci. Przyzwyczaiła się do tego miejsca, i nie
uśmiechało jej się z niego wyjeżdżać pod żadnym pozorem.
Gdy wstała i
zaczęła się przepychać trzy rzędy niżej, dosłownie naprzeciwko wyjścia, czuła
na sobie gorący, uważny wzrok mężczyzny. Skupiła w sobie całą siłę swojej woli,
by na niego nie spojrzeć, ale jej ciało wyrywało się do niego tęsknie,
wydzielając jeszcze więcej feromonów.
Przycupnęła
na siedzeniu na samym brzegu i spuściła głowę w dół, czując jak najsilniejsza
jak do tej pory fala gorąca w nią uderza. Jej ruje już bez samych tabletek były
silne, a co dopiero, gdy w pobliżu znalazł się tak potężny i wpływowy Alfa.
Jego feromony wciąż dochodziły do jej nosa, sprawiając że kolana trzęsły się
jej niepohamowanie, przytknęła więc rękaw do nosa, próbując nieco go zatkać.
Nie obchodziło jej już to, że zachowywała się dziwnie i parę osób wokół niej
spojrzało na nią z podniesionymi brwiami. I tak nie było sensu udawać, bo on
już wiedział.
Wybrała
moment, w którym zrobił się największy hałas, bo studenci nagle wyjęli swoje
notesy i zaczęli notować to, co mówił następca Wu Enterprise. Jak tylko wstała,
poczuła zawirowania w głowie, ale nie usiadła z powrotem. Ku niezadowoleniu jej
wewnętrznego wilka i kilku osób wokół, którym hałas który robiła wyraźnie
przeszkadzał, udało jej się dojść chwiejnym krokiem do drzwi i pchnąć je
niepewnym ruchem.
Zanim nie
wypadła na zewnątrz, kątem oka dojrzała zmarszczone brwi na twarzy Wu Yifana, i
uśmiechnęła się do siebie nieprzytomnie, choć jej wilk wył z rozpaczy, że
oddala się od Alfy, której on potrzebował.
Nim przed jej
oczami nie zapadła ciemność, rozsadzając od środka jej głowę, ujrzała przed
sobą dwóch zdziwionych mężczyzn, którzy zatrzymali się przed nią w pół kroku.
Następna była tylko przejmująca fala gorąca i odpłynęła, nie mogąc dłużej
utrzymać się na nogach.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
- Baekkie,
pospiesz się, bo się spóźnimy! – chłopak wywrócił tylko oczami, dalej
cierpliwie nakładając eyeliner na powiekę. Po co się spieszyć? Żeby słuchać,
jak Kris przynudza na mównicy? Wolałby już wylegiwać się w łóżku.
- Nie stresuj
się tak, Yeollie! – odkrzyknął mu z uniwersyteckiej łazienki, z zadowoleniem
obserwując wynik swoich działań w lustrze.
- Jestem
twoją Betą, nie powinieneś mnie tak nazywać – odburknął mężczyzna, a Baekhyun
wiedział, że Chanyeol był już lekko wyprowadzony z równowagi. Jego chłopak
nigdy nie wspominał o swojej pozycji w stadzie, póki nie chciał na nim czegoś
wymóc. Westchnął cicho i rzucił ostatnie spojrzenie na swoją postać w lustrze.
- Już
idziemy, skarbie – powiedział wychodząc, i posyłając mu uspokajający uśmiech.
Chanyeol odsunął się od ściany, o którą się opierał, ruszając powoli długim
korytarzem. Włożył ręce w kieszenie i obrzucił naburmuszonym wzrokiem
mniejszego mężczyznę.
- Dla kogo
się tak wystroiłeś? – burknął, marszcząc brwi. Baekhyun tylko zaśmiał się cicho
pod nosem do siebie, łapiąc wyższego pod ramię i spoglądając mu w oczy.
- Jak to dla
kogo, oczywiście że dla mojej Bety, prawej ręki najsilniejszego Alfy na
świecie! – ucałował go w policzek, a ten uśmiechnął się do siebie zadowolony.
- Wiesz gdzie
mamy iść, prawda Yeollie? – spytał, rozglądając się ciekawie dokoła.
- Oczywiście,
że… - w tym momencie drzwi od auli, obok których właśnie przechodzili otworzyły
się szeroko, i wypadła z nich drobna blondynka. Zatoczyła wokół
zdezorientowanym wzrokiem, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy opadła na
podłogę - … tak. – skończył Chanyeol, zaskoczony, a Baekhyun kątem oka
dostrzegł uważne spojrzenie Krisa z wnętrza sali.
- O, Kris.
Musiała wyjść z jego wykładu… - w tym momencie do ich nozdrzy dotarła woń jej
feromonów, i niższemu chłopakowi rozszerzyły się w szoku oczy.
- Omega… -
wyszeptał bardziej do siebie niż do swojego chłopaka, odwracając się do niego
akurat w momencie, by zobaczyć jego pełne pożądania oczy i mocno zaciśnięte
szczęki.
Bez słowa,
szybkim ruchem spoliczkował mężczyznę, a ten spojrzał na niego zdezorientowany,
łapiąc się za bolące miejsce.
- Za co to? –
spytał zszokowany.
- To Omega, i
do tego ma ruje. Nie możesz pozwolić, żeby twój instynkt przejął nad tobą
kontrolę – Baekhyun obserwował go uważnie, próbując tym samym przemówić mu do
rozumu.
Gdy upewnił
się, że mężczyzna opanował się do końca, zwrócił się w stronę nieprzytomnej dziewczyny.
Od razy wiedział, że zwykle używała leków na powstrzymanie rui, a teraz
najwyraźniej musiała ich nie wziąć; dlatego fala hormonów była tak niesamowicie
silna, organizm wreszcie nie był niczym hamowany. Chłopak doskonale czuł woń,
która emanowała z jej drobnej istotki, ale jako Omega, nie czuł do niej żadnego
pociągu.
- Yeollie,
odsuń się, musi ją jeszcze bardziej boleć, gdy jesteś obok niej – powiedział
łagodnie do chłopaka, a ten pokiwał powoli głową, starając się nie spuszczać
wzroku z mniejszego mężczyzny.
Następnie
uklęknął przy niej i podniósł ją bez najmniejszego wysiłku do góry, nie
zwracając uwagi na zdziwioną minę Chanyeola.
- Co robisz?
– spytał zdezorientowany, marszcząc w niezrozumieniu brwi.
- Zaniosę w
jakieś bezpieczne miejsce i podam leki, żeby się tak nie męczyła – oświadczył,
kierując się powoli w stronę wyjścia.
- A co ze
mną? – mruknął niezadowolony Beta, na co Baekhyun tylko uśmiechnął się do niego
promiennie.
- Idź
pokibicować Yifanowi za mnie, dobrze tygrysie? A wieczorem ci to wszystko
wynagrodzę – zaoferował słodkim głosem, trzepiąc zalotnie rzęsami, a ten
poczuł, jak wszystko w jego wnętrzu się topi; w końcu kto mógłby się oprzeć
takiej słodkiej istotce?
- No dobrze,
ale lepiej żebym cię znalazł w naszym pokoju w hotelu, jak wrócimy z Krisem –
zgodził się w końcu zrezygnowany, choć prawda była taka, że wiele do
powiedzenia nie miał, bo Baekhyun był już w połowie korytarza. Nie lubił, gdy
jego Omega się od niego oddalała – miał wtedy wrażenie, że ktoś w każdej chwili
mógłby go odebrać, chociaż w tym zapomnianym przez wilkołaki mieście było to
chyba niemożliwe.
Biorąc jednak
pod uwagę, że znaleźli tutaj młodziutką Omegę, być może jest tu inna wataha, do
której ona należy. Zaraz jednak odrzucił od siebie tą myśl, próbując odepchnąć
też od siebie nagły strach o życie swojego wybranka. Prócz silnych feromonów,
nie czuł od dziewczyny żadnego zapachu, który by wskazywał na innego Alfę.
Westchnął
tylko ciężko, wchodząc powolnym krokiem do sali, w momencie gdy drobna sylwetka
Byun Baekhyuna zniknęła z jego pola widzenia za załomem.
Powitał go
uważny wzrok jego Alfy, ale nie ugiął się pod nim, jako że wszyscy mieli tutaj
udawać zupełnie normalnych ludzi, kiwnął mu więc tylko lekko głową, siadając w
najniższym rzędzie krzeseł, najbliżej swojego przywódcy.
Brunet wciąż
nie spuszczał z niego oczu, obserwując uważnie każdy jego ruch, wodząc od czasu
do czasu wzrokiem po audiencji, tak jakby kogoś jeszcze szukał. W końcu ich
oczy się spotkały, i Chanyeol mrugnął szybko, dając mu do zrozumienia że
Baekhyuna tutaj nie ma, i żeby się o to nie martwił teraz.
Mężczyzna
prowadził dalej swój wykład, jednak myślami był zupełnie gdzie indziej. Szukał
nęcącego zapachu, który poczuł wcześniej, ale był on już niemalże
niewyczuwalny, więc dziewczynie prawdopodobnie udało się wyjść z budynku. Nie
był zadowolony z tego powodu, ale miał zamiar ją tak czy inaczej znaleźć. Nikt
nie będzie mu odmawiał, jest w końcu Wu Yifanem, najbardziej wpływowym i
najsilniejszym Alfą na świecie.
W tym
momencie do jego nozdrzy dotarł świeższy zapach dziewczyny i wytężył swoje
zmysły, by dotrzeć, skąd on dochodził. Poczuł, jak jego mięśnie tężeją, gdy jej
woń doszła go od strony jego prawej ręki. Podświadomie zacisnął mocno szczęki,
ale nawet się nie zająknął, teraz jednak skupił całą swoją uwagę na drugim
mężczyźnie.
Chanyeol
poruszył się niespokojnie na siedzeniu, widząc morderczy wzrok Alfy na sobie,
zupełnie nie wiedząc, o co mu chodzi, ale wyczuwając, że jeśli szybko tego nie
rozwiąże, w hotelu może pożegnać się z własnym życiem, bo Kris nie byłby w
stanie zapanować nad swoim instynktem.
Jego myśli
krążyły gorączkowo wokół ostatnich wydarzeń, zastanawiając się, co mogło tak go
wyprowadzić z równowagi; może nie usunął jednej z wajch, które zainstalowała
Ann? A może Baekhyun znów dorwał się do jego karty kredytowej no limits i
rachunek wyniósł kilkaset tysięcy. A może… może dowiedział się, że Chanyeol
„pożyczył” sobie parę razy jego ukochanego Astona Martina Vanquisha, żeby
oczarować nim swoją Omegę i zagwarantować mu całonocny, szalony seks?
Wtedy coś
kliknęło w jego głowie, i poczuł jak adrenalina mu nieco opada. To musiała być
ta mała blondynka. Yifan już wcześniej ją wyczuł, a ona zapewnie od niego
uciekała, czując że jest Alfą. Szczerze mówiąc nie dziwił jej się, byłaby głupia,
gdyby nie uciekła. Ich Alfa potrafił być straszny, gdy miał na coś chrapkę.
Pewnie został na nim jej zapach, odkąd przebywał dosyć blisko niej…
Przełknął
głośno ślinę. Nie, było jeszcze gorzej, niż gdyby dowiedział się o wszystkich
innych rzeczach. Bo jeśli Kris zainteresuje się czymś, nie spocznie, póki tego
nie dostanie.
Tęczówki Alfy
zajarzyły się w jednej sekundzie na czerwono i Chanyeol poczuł nieprzemożoną
ochotę, by paść na podłogę i okazać brzuch swojemu przywódcy w geście poddania.
Ten jednak odwrócił się od niego całkowicie, kierując swe, wciąż groźne,
spojrzenie na salę pełną ludzi. Nikt prócz Bety, który miał wyostrzony słuch,
jak każdy wilkołak, nie wyłapał zmiany, jaka zaszła w tonie mężczyzny. Mówił
szybciej i ostrzej, a jego wzrok tępił każdego, na kogo spojrzał.
W tamtej
chwili Chanyeol wiedział już, że tak łatwo się z tego nie wykręci.
Piętnaście
minut później, Yifan skończył przedwcześnie wykład, bez słowa zbierając gromkie
brawa, komunikując tym samym cicho wykładowcy, że musi wyjść wcześniej, bo
obowiązki go wzywają.
„Chyba
obowiązek rozmnażania się” pomyślał gorzko mężczyzna, wstając ze swojego
miejsca i milcząco podążając za potomkiem rodu Wu, mijając po drodze
skołowanego staruszka, który kłaniał się im bez wyjątku w pół. Za drzwiami
dołączył do Kaia i Tao, którzy przejęli na siebie dzisiaj udawanie ochroniarzy
(bo przecież tak silny Alfa sam byłby w stanie sobie z tym poradzić).
Niższy z
mężczyzn, i tym samym najmłodszy, spojrzał na niego ukradkiem, wciąż jednak nie
spuszczając wzroku z szerokich pleców Krisa, który szedł przed nimi niczym
terminator, sprawiając, że nawet dziennikarze odsuwali się na boki, przerażeni.
- Poczułeś to
Chanyeol, poczułeś? – spytał podekscytowany – Na sali była kobieta, Omega! I do
tego miała ruje! – szepnął ciszej, a jego oczy zaświeciły się złowieszczo – Jak
sądzisz, uciekła stąd daleko?
- Nie
powinieneś się teraz tym zajmować, Kai – mruknął nisko wysoki blondyn z
podkrążonymi oczami, a ten spojrzał na niego zdziwiony – Szef nie jest teraz w
humorze – wzrok chłopaka powędrował na bruneta, ale ten się nawet nie odwrócił
w ich stronę. Już miał powiedzieć, że chyba mu się przewidziało, gdy przerwał
mu niski, donośny, i zdecydowanie nie pogodny głos:
- Lepiej
słuchaj się starszych, szczeniaku – warknął, a Kai struchlał ze strachu.
Uspokoił się dopiero, gdy nic więcej się nie stało, a Chanyeol poklepał go
współczująco po ramieniu.
- Gdzie jest
Baekhyun, Chanyeol? – spytał tylko Kris, gdy dotarli do samochodu,
przewiercając go groźnym spojrzeniem, a ten odwrócił wzrok w geście uległości.
- Musiał
wrócić do hotelu, zapomniał czegoś bardzo dla siebie ważnego, ale nie chciał mi
powiedzieć, czego – mina Alfy złagodniała nieco; nieważne jak Baekhyun potrafił
być niesforny, miał do niego słabość, jak i do innej Omegi w ich stadzie –
LuHana. Uważał ich za bezbronne istotki, które potrzebowały jego opieki. Zaraz
jednak jego twarz znów nabrała mrocznego wyrazu.
- Kai, Tao,
jedziecie z resztą. Chanyeol, ty jedziesz ze mną – powiedział tylko, wsiadając
do czarnego vana, którego używali podczas wyjazdów służbowych. Beta wahał się
przez chwilę, nim nie podążył za swoim Alfą.
Drzwi
zamknęły się za nim i szofer ruszył z miejsca, a Kris jednym przyciskiem
podniósł i przyciemnił szybę pomiędzy kierowcą a tylnymi siedzeniami.
Chanyeol nie
zdążył nawet w jakikolwiek sposób zareagować, gdy poczuł na szyi morderczy
uścisk, który zabrał mu dech, a przed jego twarzą pojawiła się twarz Yifana;
jego oczy błyszczały złowieszczo krwistą czerwienią, i mężczyzna miał ochotę
schować się w sobie.
- Dokąd
Baekhyun ją zabrał? – zawarczał, zwalniając tylko lekko uścisk na jego szyi,
gdy ten zaczął się krztusić.
- Ch-chyba do
hotelu, miał jej podać leki uspokajające ruje – wycharczał, łapiąc w końcu za
ręce swojego przywódcy, aby ulżyć płucom, zaraz je jednak opuścił, słysząc
głuchy warkot z gardła mężczyzny.
- Dotykałeś
jej?
- Nie,
Baekkie zaniósł ją sam do samochodu – wreszcie, powoli, Kris wypuścił go ze
swojego uścisku, nie widząc w jego oczach kłamstwa.
-
Dobrze. Ona jest moja.
*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
Gdy się
obudziła, po jej ciele rozpływało się przyjemne ciepło. Otworzyła powoli oczy,
i jęknęła cichutko, kiedy poczuła kłujący ból w dole brzucha.
- Nie ruszaj
się za bardzo, leki jeszcze nie zaczęły działać, więc łagodzę ból termoforem –
usłyszała miły głos nad sobą, a jej słuch od razu się wyostrzył, i wszystkie
jej mięśnie się spięły gwałtownie.
Nie znała
tego głosu, a do tego jej nos znalazł nowy zapach – Omegi.
Jej oczy w
końcu przestały bez ładu i składu wędrować po pokoju, i napotkały duże, brązowe
tęczówki, okolone grubą kreską eyeliner’a, i ciepły, współczujący uśmiech.
Powinno ją to chociaż w jakimś stopniu uspokoić, ale tak się nie stało. Mięśnie
napięły się jej jeszcze bardziej, a z gardła wydobył ostrzegawczy, choć nieco
obolały, syk. Nieważne, że czuła od niego czystą woń Omegi – mógł w końcu być
handlarzem, który chcąc ratować siebie, wydawał innym wilkołakom swoich
pobratymców.
Mężczyzna
podniósł tylko ręce w geście poddania, pokazując jej, że nie miał przy sobie
żadnej broni. Rzeczywiście, nie wyglądał na zbyt groźnego – drobny i zadbany, z
drogimi, wyszukanymi ciuchami; Dino była pewna, że musiał przynależeć do
jakiejś silnej, wpływowej watahy. Na myśl przyszedł jej Wu Yifan, i poczuła,
jak jednocześnie zalewają ją fale gorąca i paniki. Co oni wszyscy tu robili, do
cholery?!
- Nie martw
się, nic złego ci się tu nie stanie – rzucił spokojnym głosem, robiąc ostrożny
krok w jej stronę.
- Nie
podchodź do mnie – warknęła, pozwalając, by niekontrolowany dreszcz strachu
przeszedł przez jej ciało.
- Chcę ci
tylko pomóc – kontynuował z niezmiennym wyrazem twarzy.
- Nie
potrzebuję pomocy od kogoś takiego jak ty – warknęła, patrząc na niego z
nienawiścią w oczach, starając się zwalczyć w sobie wołanie jej ciała do Alfy.
Ten
zmarszczył brwi, i już otworzył usta, by coś jej odpowiedzieć, gdy w tym
momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i nowa woń pojawiła się w
pomieszczeniu.
Nie zdążyła
nawet zakląć w myślach, gdy jej umysł zalało czyste pożądanie, i załkała cicho
pod nosem, marszcząc brwi, ostatkiem sił i woli odsuwając się pod ścianę, nie
zwracając uwagi na bolesne kłucie w dole brzucha.
Wysoki brunet
wkroczył do środka, a mniejszy mężczyzna natychmiast struchlał i podświadomie
wycofał się pod ścianę, czując morderczą aurę bijącą od Alfy. Jego oczy
przeskanowały cały pokój, błyszcząc niebezpiecznie na czerwono. Kiedy jego
wzrok spoczął na drobnej dziewczynie, na jego usta wpłynął zadowolony
uśmieszek, a ona poczuła nieprzyjemny dreszcz, który przeszedł przez jej kark.
Jej nogi zatrzęsły się, ale siłą powstrzymała się, by nie rozłożyć ich w geście
poddania.
Jeśli miała
zginąć, to zrobi to z honorem.
Podciągnęła
nogi pod siebie, nie spuszczając wzroku z niebezpiecznego, niewiele od niej
starszego mężczyzny. Ten za to, najpierw wolnym krokiem podszedł do członka
swojej watahy. Chłopak zamknął oczy, bojąc się tego, co zaraz mogło nastąpić,
ale Kris tylko poklepał go po głowie, pieszczotliwie czochrając mu włosy i
rzucając delikatny, ledwo zauważalny uśmiech.
- Nie bój
się, Baekhyunnie – jego głos był jeszcze niższy, niż gdy słyszała go przez
głośniki, i musiała sobie zamknąć dłonią usta, by nie wyrwał się z nich
desperacki jęk – Chanyeol czeka na ciebie za drzwiami. Martwi się, że na ciebie
też się zezłoszczę – powiedział, wciąż z uśmiechem na ustach, a młody mężczyzna
podniósł głowę z niemym, lekko zmartwionym spojrzeniem – Nic mu nie jest, idź
do niego – pospieszył go delikatnie brunet, a ten tylko kiwnął mu z szacunkiem
głową, rzucając nieśmiały uśmiech, i wybiegając z pokoju, w którym zapadła nienaturalna,
pełna napięcia cisza.
Po chwili
odwrócił się w jej stronę, a włoski na jej karku stanęły dęba. Ze zwycięską
miną podszedł do niej powoli, niczym drapieżca otaczający swoją ofiarę, i
jednym szybkim ruchem dłoni wyprostował jej nogi, nie zważając na jej cichy jęk
protestu. Przygwoździł je nogą do materaca, zawieszając się nad blondynką i
oblizując z zadowoleniem wargi, gdy jej ciało zadrżało pod nim
niekontrolowanie.
- Myślałaś,
że mi uciekniesz, co? Że jesteś mądrzejsza ode mnie? Ale jak widać, twoje ruje
są po mojej stronie.. – warknął do jej ucha, a ona zagryzła wargę aż do krwi,
odwracając wzrok od mężczyzny, by nie powiedzieć czegoś, co od razu pozbawiło
by ją życia. Albo gorzej, dało jej żałosne życie jako seks zabawka.
Nachylił się
nad nią, a jego brązowe oczy przybrały barwę czystej czerni, przeplatanej co
jakiś czas błyskiem czerwonego. Choć starała się mu wyrwać, to złapał pewnie
jedną ręką obydwie jej dłonie w mocny uścisk nad głową, unieruchamiając
kompletnie, a jego język wysunął się spomiędzy pełnych warg. Zaczął bez
ostrzeżenia zataczać nim koła po jej obojczyku, sprawiając, że plecy wygięły
się jej w łuk, pragnąc bliskości jego ciała, czego zdecydowanie nie pragnął jej
umysł.
- Zostaw
mnie… Alfo – zdołała wykrztusić, czując nieznośną wilgoć w kroku i gorąco,
które skutecznie otępiało jej zmysły i sprawiało, że jej oddech był ciężki i
urywany.
Uścisk na jej
dłoniach wzmocnił się, a ona wydała z siebie krzyk bólu, podczas kiedy druga
dłoń Krisa powędrowała pod jej koszulkę, napawając się ciepłem i miękkością jej
skóry.
- Nie waż się
mi sprzeciwiać… Będziesz moja – jego oczy przybrały na chwilę odcień płynnego
szkarłatu, i miała ochotę spoliczkować się za to, że na ten widok zalotnie
oblizała zranioną wargę.
- Więc mnie
już zabij, bo ja na to nie pozwolę – jej słowa były zupełnym przeciwieństwem
tego, co robiło jej ciało, ale w następnej chwili, nie wiedziała jakim cudem,
zaczęła się na powrót szamotać, choć było to mało efektywne.
Mężczyzna
przygryzł karcąco jej ucho, warcząc cicho jednocześnie, a ona pisnęła, nie
mogąc się zdecydować, czy podoba jej się to, czy nie.
- Nie
będziesz mi rozkazywać – warknął, przygważdżając ją mocniej do łóżka swoim
ciałem, a jego dłoń ścisnęła mocno jej pierś przez stanik, co zostało nagrodzone
jękiem, a potem kolejną serią szamotanin.
- N-nie
będziesz mi mówił co mam robić, nie należę do twojego stada! – wyrzuciła z
siebie, odwracając głowę, gdy nachylił się mocniej nad nią, by ją pocałować.
Mężczyzna
wyciągnął rękę spod jej bluzki i chwycił jej podbródek w palce, nie pozwalając,
by odwróciła od niego wzrok.
- Nie
odszczekuj się mała, bo będzie bardziej bolało – zdążył powiedzieć tylko, i w
tym momencie drzwi od pokoju trzasnęły głośno o ścianę, gdy ktoś otworzył je
gwałtownie.
Do środka
wleciał drobny mężczyzna z dużymi, jelenimi oczyma; wyglądał na ubranego w
pośpiechu, a jego włosy rozwalone były w nieładzie. Oddychał ciężko, a za nim
stali przerażeni Baekhyun i Chanyeol, starając się wyciągnąć go z pokoju i tym
samym ocalić jego życie, ale jelonek zdawał się tym nie przejmować.
Oczy Yifana
zaświeciły się żądzą mordu, ale zacisnął tylko mocniej szczęki, starając się
opanować.
- Dhuizang,
dhuizang! Źle się dzieje w domu, Ann zainstalowała nowe ustrojstwo, Chen to
włączył i coś się zaczęło fajczyć… nie wiemy co, bo tylko się ze ścian kopci,
ale robi tak już od dwóch godzin! Chen znalazł Ann gdzieś w sali balowej, ale
ona tam się zabarykadowała, jak wychodziłem, dzwonił do Suho żeby zamówił
taran… - w tym momencie jego oczy się rozszerzyły, widząc scenę przed sobą.
Dino patrzyła
ze zdziwieniem i podziwem, jak na jego twarz wpływa mina pełna oburzenia, a po
chwili chłopak wziął się pod boki i podszedł bliżej łóżka.
- Dhuizang,
co to ma znaczyć? Dhuizang obiecał, że będzie chronił Omegi, a nie je gwałcił,
co sobie dhuizang wyobraża? – zaczął, jednym silnym ruchem zepchnął o wiele
większego mężczyznę z blondynki – Mnie i Baekhyunowi nigdy nic dhuizang nie
zrobił!
Już w
następnej chwili, mocno otumaniona, dziewczyna stała o własnych nogach, choć
nieco chwiejnie, a, jak na razie bezimienny, jelonek poprawiał jej włosy i
ciuchy.
- Bo
jesteście facetami… - burknął pod nosem niezadowolony Kris, ale nic więcej nie
powiedział, podnosząc się z łóżka i z mroczną miną obserwując wciąż przerażoną
młodą kobietę.
- Choć mała,
zaopiekujemy się z Bakehyunniem tobą! – zaoferował wesoło dziewczynie, i nie
czekając na jej odpowiedź, czy chociażby reakcję swojego lidera, wyciągnął ją z
pokoju.
Tuż za
załomem dołączył do nich oszołomiony Baekhyun, a wciąż zdezorientowana i
przestraszona Dino nie zwróciła nawet na niego uwagi.
- LuHannie –
zaczął przerażonym głosem – Lider nas zabije, on ją chciał dla siebie.
Mężczyzna
zwany LuHanem zamrugał kilka razy niezrozumiale, po czym wzruszył tylko
ramionami.
- Ja tam nie
wiem, ale na razie ją zabieram. Widziałeś jej paznokcie?! – wykrzyknął nagle,
wymachując ręką blondynki w powietrzu, a ona zatoczyła się, zdezorientowana –
Ten kolor jest genialny! – ciągnął dalej podniecony – Musisz nam powiedzieć, do
jakiej chodzisz manicurzystki – stwierdził zupełnie poważnie, zwracając się do
Dino, a po chwili już ją wsadził do czarnego vana.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz